Nigdy nie byłem mistrzem w opisywaniu uczuć, własnych przeżyć, jakie pożerały mą kruchą, niemalże szklaną duszę w poszczególnych chwilach mojego życia. Kiedy jednak wpatrywałem się w tlące się zgliszcza katedry, dawniej będącej dla mnie niczym rozpalona latarnia morska pośrodku ciemnych wód żalu i nędzy, czułem gdzieś w głębi samego siebie ukryty żal. Zalążek uczucia momentalnie rozrósł się, aby niczym drapieżne pnącza opleść serce i ścisnąć je. W typowo ludzkim odruchu złapałem się palcami brudnego od popiołu i innych rzeczy, o których wolałbym nie wiedzieć, materiału koszulki, jakby to miało chociaż trochę pomóc mi w przejściu przez ostatnie wydarzenia. Ile osób zginęło w imię moich własnych idei? Ilu z nich nie było nawet świadomych swoich poczynań? Wątpliwości, pewnie typowe przy takich sytuacjach, nie dość, że przybrały na sile, to zaczęły dotyczyć rzeczy bardziej personalnych, a co za tym szło, bardziej bolesnych. Wszystkie informacje niczym rój rozwścieczonych os przelatywały przez moją głowę, zostawiając po sobie nic więcej jak kolejne emocje nadal, cholera, nie nazwane.
— Vail? — Usłyszałem przy swoim uchu dobrze znany, nieco szorstki głos. Teraz brzmiał jednak jak najwspanialsza melodia, delikatnie kojąca zszargane nerwy, uspokajająca rozbiegane myśli, ściągająca mnie z powrotem do żywych, do których jeszcze mimo wszystko należałem. Nie odwróciłem się. Nadal wpatrywałem się w ruiny, wiedząc, że ten obraz jest moim dziełem zniszczenia. Gdybym tylko dokonał innych wyborów, do tego wszystkiego by nie doszło. Słowa nie mogły przecisnąć się przez gardło. Dodatkowo nieprzyjemne pieczenie w kącikach oczu, sugerujące, że myśli pociągnęły za nieodpowiednie sznurki w moim umyśle, utwierdziło mnie w przekonaniu, iż nie chcę, aby ktokolwiek oglądał mnie w takim stanie. Spróbowałem odtrącić Iordica, którego dłoń znalazła się na moim ramieniu, jednak zamiast sykliwego wyzwiska, wydobyłem z siebie jedynie wieloznaczny pomruk.
— Chodź już — szepnął w odpowiedzi, lecz potrząsnąłem głową. Nawet gdybym chciał wrócić do bezpiecznego wnętrza siedziby, nie mógłbym tego zrobić, gdyż miałem wrażenie, jakbym utracił już resztki kontroli nad ciałem, któremu przestałem już ufać w takim stopniu, jak dawniej. Opuściłem wzrok na swoje dłonie, mierząc dokładnie spojrzeniem każdy ich centymetr. Zatrzymałem się dłużej na zielonkawym odłamku szkła, który powoli zarastał skórą i znikał w głębi ciała. Nie byłem już tą samą osobą, jaką byłem wcześniej. Od momentu, gdy poznałem tak długo ukrywaną prawdę, nic nie będzie takie samo.
Zadrżałem, kiedy w moją prawą rękę wsunęła się inna, o wiele jaśniejsza, zarazem znajoma, jak i zupełnie obca. Ciepło płynące z drugiego ciała sprawiło, że podniosłem lekko głowę, aby spojrzeć na dwukolorowe oczy Krzysztofa. Stał tuż przede mną, mógłbym przyrzec, że taki sam jak w dniu, kiedy zobaczyłem go po raz pierwszy w kwaterze. Gęste, czerwone jak wino włosy, związane w warkocz i przerzucone przez jedno z ramion, nieskazitelnie biały płaszcz oraz wystająca spod spodu ciemna koszulka, której kołnierz sięgał prawie pod podbródek młodzieńca.
Brak komentarzy
Prześlij komentarz