Kopnięty przez młodzieńca samotny kamień potoczył się po ubitej leśnej ścieżce, znikając szybko w przydrożnych zaroślach. Kiiran powiódł za nim wzrokiem, lecz nie zrobił nic, aby powstrzymać go przed upadkiem w trawiaste otchłanie. Był zbyt zmęczony, zbyt wyczerpany wręcz, żeby zrobić coś więcej niż posuwistym krokiem podążać za idącym w pewnej odległości mężczyzną. Przez korony drzew nad ich głowami przebijały się ostatnie promienie zachodzącego słońca, barwiącego niebo różami i gdzieniegdzie nawet intensywną fuksją czy wręcz fioletem. Dzień w coraz większym stopniu ustępował miejsca wieczorowi, jaki ostatecznie miał i tak przerodzić się w chłodną noc. Przyjemny dla ucha szum wiatru, poruszającego starymi konarami i gałęziami, ale też szarpiącego lnianą koszulę chłopaka był w połączeniu z odległym świergotem ptaków jedynym odgłosy, jaki przerywał ciszę, jaka zapadła między dwójką mężczyzn. Od momentu opuszczenia leśnej polany, zarówno Kiiran jak i Fabien zamilkli, jakby próbowali uniknąć rozmowy na temat, który musiał zostać poruszony, prędzej czy później. Młodzieniec nie chciał być pierwszym, który zabierze głos, wiedział jednak, że pchany dziwną dumą Aristar nigdy nie przyzna się, że cokolwiek na tym świecie go zdziwiło. Zupełnie jakby zadanie pytania miałoby być niewyobrażalną ujmą na jego honorze. Czy Fabien posiadał w ogóle jeszcze jakiś honor? Do dawnego kodeksu Gwardii na pewno się nie stosował, to Kiiran zdążył już zauważyć w trakcie swego krótkiego pobytu w domostwie byłego oficera. Patrząc dodatkowo przez pryzmat tych wszystkich informacji, jakie słyszał na temat Fabiena, poddawał istnienie jakiegokolwiek kręgosłupa moralnego u mężczyzny w wątpliwość.
— Będziesz udawał, że tamto nie miało miejsca? — Chłopak zebrał się w sobie, przyspieszył nieco kroku i zrównał się z mężczyzną. Spojrzał przelotnie na opaloną twarz ciemnowłosego, na jego krótką szczecinę, jaka pokrywała szczękę, dodając Aristarowi lat. Oczy miał zamknięte, zdawał się iść na oślep, większą część oblicza ukrywając w cieniu szerokiego ronda zniszczonego i przybrudzonego w kilku miejscach kapelusza. Kiiran nie znał dokładnie szczegółów zdobycia tego nakrycia głowy, mężczyzna po prostu wrócił któregoś dnia do chaty, dzierżąc go jak trofeum wojenne, co jakiś czas mrugając porozumiewawczo do Riny. Sam nie miał ochoty drążyć tematu, gdyż, mówiąc szczerze, nie interesowały go historie pochodzenia elementów ubioru Fabiena. Tym bardziej w tej chwili, gdy umysł zaprzątały mu zupełnie inne myśli.
— Co nie miało miejsca? — odpowiedział pytaniem na pytanie mężczyzna, przekładając źdźbło z jednego kącika ust do drugiego. Nadal nie spoglądał na młodszego towarzysza, lecz kiedy Kiiran chwycił Fabiena za łokieć, prawa ręka renegata momentalnie powędrowała w stronę przytroczonego do pasa miecza. Dopiero wtedy brunet łaskawie postanowił otworzyć oczy, opuścić głowę, a nawet pozwolić sobie na długie, znaczące zmierzenie wzrokiem młodzika. Miał co do niego wyraźnie mieszane uczucia. Niby słyszał o tym całym pieprzeniu na temat Vo’rah, Dziecka z Upadłej Świątyni, czy jak to jeszcze inaczej omamieni legendami ludzie określali Kiirana, ale osobiście podchodził do wszelkich mistycznych spraw z dużą rezerwą. Już dawno przestał wierzyć w jakichkolwiek bogów, przestał wierzyć w cokolwiek. Utwierdził się w przekonaniu, że sam jest panem własnego losu. Próbował nawet ignorować te wszystkie sny, jakie nawiedzały go od momentu, gdy musiał uciekać w zimną, niegościnną noc przed królewskimi psami, w których kobieta okryta jedynie czymś na wzór woalu utkanego ze światła gwiazd, próbuje porozumieć się z Fabienem. Budzi się z takich wizji z obrazem wykutego w skale miasta, otoczonego bezkresnym morzem złocistego piasku. Coś we wnętrzu mężczyzny wie, że te sny nie są przypadkowe. Jakiś wyższy byt chce, aby Aristar wyruszył w zapewne ostatnią podróż w swym życiu, byleby tylko dokończyć rozdział, napisany przez bogów. Wiele można jednak powiedzieć o Fabienie, lecz na pewno nie można było określić go mianem samobójcy czy człowieka, który podejmie się jakiegoś zadania bez wcześniejszego przeanalizowania całej sytuacji. Więc dopóki nie pozna wszystkich aspektów tej sprawy, porzucenie cudem ustabilizowanego życia nie wchodzi w rachubę.
— To … To wszystko — Głos chłopaka załamał się nieco, zmuszając Kiirana do cichego westchnięcia, zamilknięcia na chwilę i ponownego ułożenia wypowiedzi w swojej głowie. Fabien zatrzymał się, odwrócił w stronę młodzieńca i wypluł źdźbło na ubitą ziemię, aby następnie zacząć wpatrywać się wyczekująco w towarzysza, którego jasnobrązowe, wilgotne włosy przykleiły się do czoła, pozwalając jedynie końcówką unosić się wraz z przyspieszonym oddechem Vo’raha. Przez głowę mężczyzny przebiegła myśl, że ta o to stojąca przed nim legendarna istota, jaka według podań ma zbawić cały kontynent, jak nie świat, wygląda właśnie jak zbity, kulawy kundel, próbujący swoim położeniem chociaż trochę jedzenia od właściciela wyżebrać. Jednym słowem, obraz nędzy i rozpaczy. Nagłe ukłucie w klatce piersiowej Fabiena sprawiło, że ten zaśmiał się krótko, jednak bez krzty radości czy wesołości, a następnie położył swoją rękę na głowie dzieciaka.
— Już, uspokój się.
Brak komentarzy
Prześlij komentarz